milady blog

Twój nowy blog

Running wild

Brak komentarzy

Zaczęłam rozdział dziesiąty i właśnie napisałam scenę, w której występują aż dwie postacie, których nie lubi G., a jedna, której nie lubi mój Luby. Naprawdę wyrzuciłabym ją ze względu na niego, ale to drugi tom i trochę byłoby głupio zabijać główną bohaterkę tylko z takiego powodu. Natomiast sceny potrzebuję do nadania książce sensu. Znaczy, między innymi spaja wątki.

Co do drugiej postaci, czytelnik nie zna jej wcześniejszych wersji, a ja jestem, mam nadzieję, trochę już za stara i zbyt „naumiała”, żeby stworzyć Prometeę, czyli istotę we współczesnym świecie wyklętą jako Mary Sue. W czasach sprzed Internetu mówiło się „tylko nie napisz postaci doskonałej” i nie doszukiwano się zbyt wielu detali…  ale sieć widocznie ma swoje prawa.

Od początku bohaterowie są dla mnie nośnikiem historii i jedyne, co mogę zrobić, to sprawić, żeby opowieść brzmiała prawdziwie, żeby była ciekawa. Scena, o której mowa jest tak dokumentnie popieprzona, że chyba wynagradza występowanie w niej nielubianych postaci.

„Jak poznać, czy jesteś rzeczywista?”

No właśnie.

Przelotem

Brak komentarzy

Dziewiąty rozdział i dość potężne zmęczenie materiału. Ale piszę twardo. Książka jednak, dla dobra piszącego, nie powinna liczyć sobie więcej niż 600 k znaków. Kiedyś chciałoby się skończyć i poczuć się jak autor, a nie jakieś takie nie wiadomo co.
Pod ostatnim akapitem „Złego” jest adnotacja – maj-grudzień 1954. A książka ma na pewno więcej, niż 600 k znaków, ba – więcej niż tyle, na ilu się u mnie skończy. Co najmniej milion, bez dwóch zdań! A jaka to książka!
Tyrmand to był twardziel, nie ma co.
Dalej, dalej. Powieść czeka.

Oto, do czego prowadzi opowiadanie karkołomnych metafor przed snem (nic to, że narciarską parabolę ściągnęłam z własnego zdziczałego ni to opowiadania, ni to powieści pt. Eter).

Otóż śniłam, że znalazłam się w górach. Niewątpliwie w Polsce, bo kolejka do wyciągu była ogromna, a ludzie skwaszeni i ogólnie nieprzyjemni. Wyjęłam składane (???) narty  i przypięłam je do butów, ustawiając optymalną długość. Jakiś facet zaczął się ze mnie nabijać, że co te narty takie malutkie, że stoję jak ofiara, że lepiej zabrać mnie ze stoku i przenieść na oślą łączkę itp.

Nic to – palancie, myślę sobie, zobaczysz. Przypomniałam sobie jak się stoi i zaczynam szusa w dół. Jadę sobie, aż w połowie stoku orientuję się, że na dole nie ma wyciągu, a pod górę idą na piechotę ludzie, którzy dopiero przyjechali samochodami w góry i zaczynają sezon. Żadnych krzesełek, nic!

No cholera, myślę sobie, będę teraz zapierniczać jodełką pół góry… i z tym moim kolanem… ale nie takie rzeczy się robiło, najwyżej się spocę. Bo przecież umiem jeździć, damn it…!
W tym momencie sen przełączył się na inny program, więc nie wiem, czy dotarłam do tych cholernych krzesełek, żeby spokojnie jeździć sobie po całej wielkiej górze.

Ludzie, no ratunku. Tworzenie zbyt daleko pociągniętych paraboli na jawie to rozumiem, ale we śnie?!

nieco podłamana

Jestem w ósmym rozdziale. Gdzieś w połowie. Oznacza to, że mam za sobą siedemdziesiąt parę procent książki i weszłam w fazę paniki – „OMGjakajajestemdodupy, ten i ów napisał 3 książki w międzyczasie nigdysięnieprzebiję”.
Bo fazę paniki „OMGilemamdozrobienianigdynieskończę” mam już za sobą, a panika „OMGratunkuniemamtalentu” nachodzi niezależnie od etapu pisania, na zmianę ze stanem przeciwnym, quasi-maniakalnym „OMGjestemgenialna”. Panika skłania do polowań na najdrobniejsze uchybienia w sztuce i stanowczo przeszkadza w pisaniu, a ciężko ją rozcieńczyć – pomagają w tym co prawda kot, Luby i przyjaciółki którym marudzę.
Za bardzo patrzę do przodu. Trzeba stosować dokładnie tę samą technikę, co podczas jazdy na nartach. Nie jedziesz ogarniając wzrokiem całą górę, bo sparaliżowałoby cię ze strachu. Zerkasz jak wielka ta góra jest, a potem obserwujesz tylko najbliższe kilkadziesiąt metrów stoku, spokojnie omijając wredne muldy, jadące na krechę podrostki i niedoświadczonych, jeszcze bardziej wystraszonych narciarzy sunących niezgrabnym pługiem (nie doszukujcie się na siłę metafor związanych ze światkiem literackim).  Trasa jakoś się wypłaszcza mentalnie. Stromizna, która jest dość przerażająca, kiedy się nad nią zbyt długo zastanawiać, przeistacza się w równą, szeroką drogę.
Oczywiście oprócz tych momentów, kiedy pojawia się gwałtowny zakręt i serce ląduje w żołądku. Albo kiedy z tyłu zajeżdża cię wyżej wspomniany podrostek i wypierniczacie się obydwoje. Żeby uniknąć tak groźnych okoliczności, trzeba jechać elastycznie i nie lecieć na wyżej wspomnianą krechę, żeby móc raz na jakiś czas obejrzeć się za siebie. I zerknąć przed siebie.
Byle tylko znów się nie przestraszyć wielkiej góry.  No i nie jeździć po pijaku, na nietrzeźwo nie widać muld.
Przerosła mnie ta metafora. Chyba pójdę spać.

…przypominają podłużne, twarde, żółte śliwki i smakują trochę jak gruszka ulęgałka wczesną jesienią, a trochę jak słodki zielony groszek. Zasadniczo to trochę jest taka nieulężona ulęgałka, gdyż daktyl musi przezimować i dopiero w takim stanie, scukrzonym na drzewie, można go dostać w Polsce. Tambylcy jedzą go także w dwóch innych fazach dojrzałości, a we Francji można dostać wszystkie trzy.
Pewnie sprowadzane z Algierii.
Bałam się zjeść tego więcej, żeby nie dostać sraczki, ale…

No dobrze, ten czwartek był rewelacyjny. Najpierw wyszedł mi patch-clamping na błonie komórkowej, a potem na całej komórce. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że jest to technika, za pomocą której – przy udziale szklanych mikropipetek i mikroskopu – zasysa się komórkę, a potem albo wyrywa jej kawałek błony, albo podnosi w całości do drugiej pipety, wypuszczającej chemikalia.

Pic polega na tym, że potem w komórce mierzy się prąd. Jeżeli oczywiście komórka ma receptory, dzięki którym takowy generuje, np. jest to neuron albo dodaliśmy jej receptory sztucznie. Nasz prowadzący wyjaśnił, że jemu opanowanie tej techniki zajęło parę tygodni.
Mam nadzieję, że jutro będę pamiętać :)

Później na mieście znalazłam sklep marzeń mojego dzieciństwa……… Czego tam nie było! Mikroskopy, teleskopy, łamigłówki, lornetki, zioła do zasiania, pomoce naukowe wszelkiej maści, z każdej dziedziny jaką można sobie wyobrazić… książki i leksykony – dwadzieścia lat temu, co ja mówię, nawet piętnaście, zabiłabym za większość z nich.

Kupiłam sobie termometr z barometrem i pomiarem wysokości ^^ jest śliczny i powieszę go w salonie albo sypialni :)

Ostatecznie zakupiłam też tartę ze świeżymi figami, po czym wróciłam do hotelu, gdzie oddałam się konsumpcji owej tarty oraz wyżej wymienionych daktyli barhi. W Bordeaux to normalnie można żyć :D

Chwilo, trwaj :)

Koncepcja pisania we wrześniu powoli idzie się rozmnażać. Organizatorzy konferencji są dobrymi organizatorami i pilnują, żeby młody naukowiec się nie nudził, a młody naukowiec ma dość rozumu, żeby korzystać z okazji i networkować. Umknął mi polski odpowiednik tego słowa. „Nawiązywać kontakty” nie oddaje wszystkich znaczeń.

Francuzi nie są tacy straszni, jak ostatnim razem – a przynajmniej mam taką nadzieję po dniu pierwszym. Ludzie skoszarowani razem ze mną też są fajni. Pomaga, że każdy przyjechał z innego labu, na własną rękę, nie ma grup i grupek. Mam już za sobą dwa tygodnie innych zjazdów i konferencji i trochę mnie to zaczyna męczyć – liczba wykładów, których można wysłuchać z uwagą, jest liczbą skończoną, ilość wrażeń, które podlegają bezbolesnej absorpcji również. Ale ogólnie jestem bardzo zadowolona. Założenie było takie, żeby po zmianie dziedziny nauki w ciągu roku osiągnąć ten sam lub większy poziom wiedzy, jaki przez trzy lata zdobyłam w biologii nowotworów. I to (chyba) działa.

Powoli przestaję być naukowym Rincewindem. Może coś jeszcze ze mnie będzie. Zwłaszcza teraz, kiedy po kilku latach wiem, że nie jestem tylko mózgiem na kijku, że mam prawo do własnego życia, zainteresowań, przekonań i antypatii…

Zostało mi ok. 240 tys znaków, czyli ponad 2 miesiące pisania. Końcówka może się przeciągnąć na jesień, chociaż jak najszybciej postaram się wrócić do stałego tempa. Nie ma mowy o dłuższych przestojach, rozplanowałam już sceny aż do 10 rozdziału, trzeba to tylko napisać.
Gdzieś w środku zabieganej, rozgadanej, promieniującej duchem współzawodnictwa career woman wciąż siedzi ta marzycielska dziewczynka, która lubi godzinami przyglądać się biedronkom na źdźbłach trawy.

Przelotem

Brak komentarzy

Nic szczególnego, po prostu daję o sobie znać. Opieka nad kotem jest zajmująca.
Jestem mniej więcej w połowie siódmego rozdziału. Powieść przyjmuje już rozmiary powieściowe.
Dość zmęczona.
Plany wampirów i plany magów posypały się odpowiednio.
Lloyd się wpienił. Gabiś ryczy i ma powody. Timothy kombinuje. Eunice to źródło chaosu.
Julius jest zadowolony jak prosiak. Do czasu…

Ten tydzień marniutki pod względem znaków. Dotarłam do drugiego „point of no return” i trzeba było trochę przemyśleć ciąg dalszy, pozbierać wątki do kupy.  Uff, ale ta powieść trudna. Po co się szarpię na trzecioosobową personalną z kilkoma bohaterami równorzędnymi i intrygą poplecioną jak koronki koniakowskie?

He, he, he.

:P

Jestem kawałek w szóstym rozdziale. Lipiec będzie raczej powolny z racji urlopu – chociaż mam nadzieję wyrobić co najmniej połowę normy. Gorzej, że potem zaczyna się sierpień i te wszystkie wyjazdy, w tym stypendium. Raczej nie sądzę, żebym we Francji zdobyła czas na pisanie, trzeba się będzie socjalizować po godzinach, tylko ciężki kretyn przegapi taką możliwość zawodowego rozpoznania terenu. Jezu, jak ja nie lubię targowisk próżności, należałam do tych „niepopularnych kujonów” i nie wykształciłam uzdolnień społecznych, wykład – proszę bardzo, luźna rozmowa – proszę bardzo, ale autoprezentacja nadal wywołuje we mnie przerażenie.  Zawsze się boję, że strzelę jakąś gafę. Skupianie się na więcej niż jednym rozmówcy naraz to wyższa szkoła jazdy.

Cała nadzieja w tym, że spotkam podobnych freaków. Wszyscy będziemy siedzieć obok siebie zestresowani, lol :P

Rozdziałów będzie dziesięć. W najgorszym razie będę kończyć na szybko w październiku.

Okociłam się, chociaż jeszcze miesiąc temu byłam przekonana, że na kota namówić się nie dam. Lokatorka spadła mi na głowę niespodziewanie. Przez trzy lata żyła sobie w zwierzętarni naszego instytutu jako zwierzę doświadczalne in spe, jakimś łutem szczęścia unikając losu mózgu w słoiku. Została ulubienicą technika – opiekuna i laborantek i chociaż siedziała w ciasnocie, nic jej nie groziło – nie nadawała się na eksperyment, bo nie urosła duża…


Aż w końcu ktoś postanowił wykorzystać kotkę do grupy kontrolnej. Aby do tego nie dopuścić, zorganizowano akcję ratowania małej, a frajerką adopcyjną okazałam się ja…


Mam więc w domu trzyletnią, smoliście czarną, chudą jak szczurek i małą jak półroczny kociak (wygląda na dorosłą, tyle że kurdupel – po przełożeniu na ludzkie wymiary byłaby jeszcze mniejsza ode mnie) Galileę. Zadziwiająco szybko nauczyła się mieszkaniowej rzeczywistości i darcia ryja w celu uzyskania tuńczyka. Jest niesterylizowana i nie daje mi spać, ale to się niedługo skończy. Wycięcie żeńskich organów i tak będzie dla niej lepsze niż ucięcie głowy.


Zresztą jakaś taka dziwnie grzeczna. Może się czai.


Nadal mam alergię na koty, ale na nią nie. Zważywszy dotychczasowe doświadczenia zaczynam podejrzewać, że uczulają mnie tylko kocury, i to niekastrowane, co może bawić i nasuwać jakieś freudowskie podteksty, ale jest możliwe.


Co śmieszne, wcześniej (chronologicznie) podczas pisania Mandali pojawił się kot w książce. Prorok jaki, czy co… Chwalę sobie to wcześniejsze poszukiwanie kocich informacji, bo przydadzą się podczas hodowania małej.

Zapomnijcie o „Zmierzchu”, zapomnijcie o Lestacie. Juliano Vincente de la Medina jest ZŁYM wampirem. W całym jego ciele nie ma ani jednej dobrej, współczującej kosteczki. wszystko co robi, robi dla siebie. Karmi małe dziewczynki narkotykami, manipuluje opinią publiczną, morduje i porywa z zimną krwią (sic!). Jest zły, zły, zły i wbrew wszystkim zaleceniom dla młodych autorów wcale mu to nie szkodzi na trójwymiarowość. WTF. I can has an evul antagonist.

tup, tup, tup…


  • RSS