Strona główna

Narciarstwo. Albo pisarstwo. Whatever.



Jestem w ósmym rozdziale. Gdzieś w połowie. Oznacza to, że mam za sobą siedemdziesiąt parę procent książki i weszłam w fazę paniki - „OMGjakajajestemdodupy, ten i ów napisał 3 książki w międzyczasie nigdysięnieprzebiję”.
Bo fazę paniki „OMGilemamdozrobienianigdynieskończę” mam już za sobą, a panika „OMGratunkuniemamtalentu” nachodzi niezależnie od etapu pisania, na zmianę ze stanem przeciwnym, quasi-maniakalnym „OMGjestemgenialna”. Panika skłania do polowań na najdrobniejsze uchybienia w sztuce i stanowczo przeszkadza w pisaniu, a ciężko ją rozcieńczyć - pomagają w tym co prawda kot, Luby i przyjaciółki którym marudzę.
Za bardzo patrzę do przodu. Trzeba stosować dokładnie tę samą technikę, co podczas jazdy na nartach. Nie jedziesz ogarniając wzrokiem całą górę, bo sparaliżowałoby cię ze strachu. Zerkasz jak wielka ta góra jest, a potem obserwujesz tylko najbliższe kilkadziesiąt metrów stoku, spokojnie omijając wredne muldy, jadące na krechę podrostki i niedoświadczonych, jeszcze bardziej wystraszonych narciarzy sunących niezgrabnym pługiem (nie doszukujcie się na siłę metafor związanych ze światkiem literackim).  Trasa jakoś się wypłaszcza mentalnie. Stromizna, która jest dość przerażająca, kiedy się nad nią zbyt długo zastanawiać, przeistacza się w równą, szeroką drogę.
Oczywiście oprócz tych momentów, kiedy pojawia się gwałtowny zakręt i serce ląduje w żołądku. Albo kiedy z tyłu zajeżdża cię wyżej wspomniany podrostek i wypierniczacie się obydwoje. Żeby uniknąć tak groźnych okoliczności, trzeba jechać elastycznie i nie lecieć na wyżej wspomnianą krechę, żeby móc raz na jakiś czas obejrzeć się za siebie. I zerknąć przed siebie.
Byle tylko znów się nie przestraszyć wielkiej góry.  No i nie jeździć po pijaku, na nietrzeźwo nie widać muld.
Przerosła mnie ta metafora. Chyba pójdę spać.


milady 2009-10-19 23:35:03
skomentuj (1)